Przed piwnymi imprezami odbywającymi się na przełomie października i listopada stanęło zasadnicze pytanie: czy nastąpi przełamanie spadkowego trendu? Frekwencja na poprzednich edycjach okazała się dramatycznie niska w porównaniu z latami świetności. Czy nie zmieniając formuły, takie imprezy piwne przyciągną jeszcze satysfakcjonującą dla wystawców liczbę odwiedzających? Zaskakująco, okazało się, że tak. Może pomogło okrojenie festiwalu do dwóch dni, może organizatorzy odwalili kawał marketingowej roboty. A może jedno i drugie. W każdym razie rzecz imponująca.

W Poznaniu na targach w piątek było pełno ludzi, a i w sobotę przed niektórymi stoiskami kłębiły się długie kolejki. No właśnie – przed niektórymi. Nie ma co ukrywać – tegoroczne PTP to była, z kilkoma wyjątkami, średnia półka polskiego craftu. Niektórych kontraktowych inicjatyw w życiu nie próbowałem i bardzo możliwe, że nigdy nie spróbuję. Nie sposób wypić wszystkiego i niespecjalnie się tym martwię. Zresztą taki stan rzeczy przewidywałem już dwa lata temu, pisząc że takie festiwale potrzebne będą przede wszystkim nowym inicjatywom, desperacko potrzebującym rynkowego zauważenia.

Co jednak dla mnie jest najważniejsze na tego typu festiwalu? Spróbować oferty browarów z regionu. Cieszę się, że choć połowicznie się to udało. Poczynając od nowości z Grodziska Wielkopolskiego czyli imperialnego grodzisza, przez ciekawie zapowiadające się, eksperymentalne próbki Browaru Fortuna, na piwach Browaru Sady spod Poznania kończąc. Wspomnieć trzeba miejscowych weteranów – Golemy (w kooperacji ze Szpuntem) zaoferowały fajną zabawę z IPA czyli dwa warianty piwa o nazwie ZEROIBU i STOIBU, a wracający po przerwie SzałPiw polewał najlepszego chyba jak dotychczas Kociambra i niespodziewanie miał na sprzedaż kilka egzemplarzy Buby Extreme!

Dobrego piwa, mimo wszystko, nie brakowało, a wiatr nie śmigał po hali jak rok temu. A trochę mógłby. Bo niewydolna wentylacja nie radząca sobie z oparami pochodzącymi z foodtrucków z hali obok, była dla mnie najsłabszą kwestią tej edycji. Rano ubranie tak waliło fryturą, jakbym sam przesiadywał nie pod stoiskami piwnymi, a tymi z żarciem. No nie.

Dwa słowa o KPR. Podtrzymuję opinię, że ten konkurs to główna atrakcja PTP. I nie chodzi o konkursowe rozstrzygnięcia. Znacie moje zdanie na ten temat. Konkurs jest ważniejszy dla branży niż dla konsumenta, choć niewątpliwie tym mniej rozpoznawalnym browarom pomoże w budowaniu prestiżu. Tu chodzi o klimat ceremonii wręczania nagród i radość na twarzach piwowarów. Chodzi o odrodzoną ciągłość sięgającą tradycji Festiwalu Birofilia. Jakby nie było, KPR to święto polskiego rzemieślniczego piwowarstwa, chociaż w mocno okrojonym składzie.

2 Comments »

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.